Jest koniec roku 2006.
Jestem już nieźle “wkręcony” w żeglarstwo, za mną kilka fajnych rejsów.
Prowadzę rejsy na Morzu Śródziemnym ze swoimi przyjaciółmi i odpalam firmę która będzie zajmowała się organizacją rejsów zarówno na mniejszych jachtach jak i na żaglowcach.
Przy okazji kolejnych szkoleń poznaję nieco lepiej Kapitana Krzysztofa Baranowskiego który jak twierdzi ma problemy ze sprzedażą rejsów na swoim legendarnym jachcie Lady B.

Oferuję Kapitanowi pomoc przy sprzedaży rejsów.
Podejmuję małą kampanię sprzedażową, wystawiając się na targach żeglarskich z Joanną Rafalską z firmy Otago oraz zamieszam sporo głoszeń na portalach żeglarskich, GlodenLine (Polski pierwowzór FB) oraz… na Allegro.
Sprzedaż rusza, lecę na jeden z pierwszych rejsów na wiosnę 2007 roku Kanary-Portugalia (kontynentalna).

Wypływając z Gomery okazuje się, że na pokładzie mamy lekarza, księdza…oraz jednego zakręconego gościa który zabrał ze sobą maczetę…
Jest niedziela, więc ksiądz odprawia mszę na jachcie. Zawsze przyda nam się trochę wsparcia.
Ale modlitwy chyba na niewiele się zadały. Gościu z maczetą lekko świruje, tak że kapitan postanawia mu schować nóż aby nie zrobił sobie i innym krzywdy. To nie koniec mój dobry kumpel zapada na chorobę morską tak mocno, że lekarz sugeruje abyśmy zawrócili lub jak najszybciej płynęli na stały ląd.

Najbliższy ląd, 2 -3 dni od nas to wyspa Madera. Przyjmujemy więc kurs na Funchal – stolicę Madery.
Na miejscu okazuje się, że popsuł nam się silnik, a na miejscu nie ma do niego części. Musimy zostać na wyspie tydzień.

Zwiedzamy wyspę ze “Smokiem” i po tygodniu wyruszamy w kierunku Portugalii…

CDN…